wtorek, 8 października 2013

HESUSIE NAWASIE, KSIĄŻKA ZA DYCHĘ!

Jo jeżech je tera student, ale nie będę może na razie o tym pisał. 
A, Jesus (czyt. Hesus) Navas to taki piłkarz :)

Na początek chciałbym jednakowoż pozdrowić pewną blondynkę, która wracała z Katowic linią A i napierdalała po kolei do wszystkich osób ze swojej komórkowej listy kontaktów na temat beznadziejnego bałaganu na AWFie oraz o tym, że miała już dwie technologie informacyjne a miałaby jeszcze trzecią, gdyby nie zgłosili sprawy do dziekanatu, no naprawdę, skandal. Z drugiej strony dziołchę podziwiam - nie mam pojęcia jak można jednocześnie jeść jogurt, gadać przez smartfona i trzymać ręką torbę jadąc na stojąco po trasie w której zakrętów jest więcej niż odcinków prostych.
Tak mało (na oko 160 centymetrów) potrzeba, żeby wkurzyć człowieka...

Ale miało być o książkach. Otóż kupiłem sobie z przeceny książkę Karen Armstrong "W IMIĘ BOGA. FUNDAMENTALIZM W JUDAIZMIE, CHRZEŚCIJAŃSTWIE I ISLAMIE". Jestem dopiero na 45 stronie, ale już mogę ze spokojnym sumieniem napisać, że książka warta jest tego, by do niej zaglądnąć. Pani Armstrong* cofa się daleko (do 1492 roku) i po kolei opisuje wszystkie odłamy religii, grupy, które się tworzyły i co miało na nie wpływ - to brzmi dość podręcznikowo, jednak napisane jest lekkostrawnie. Dodatkowym plusem jest wydanie (wyd. W.A.B., Wa-wa 2005) - twarda oprawka, świetny papier, wszystko jasne i przejrzyste. Od czasu matury ustnej z polskiego mam słabość do wydawnictw, które są tak miłe, że podają jasno i wyraźnie rok, miejsce i ISBN (niech żyje PWN i Bellona!).

Za to Dziadzio kupił mi (w księgarni w klasztorze w Czernej, ceny często-gęsto niższe o 50, 70%) zbiór listów C.S. Lewisa (bardziej znanego po hasłem "autor Opowieści z Narnii") pod tytułem "O MODLITWIE". Lewis pisze do swojego kumpla Malcolma o swoich przemyśleniach na temat modlitw, kościoła (anglikańskiego, ale widać podobieństwo do spraw KK) czy ogólnie religii. Książka ma swoją wartość głównie ze względu na to, że Lewis nawrócił się już jako dorosły człowiek, co sprawia, że na religię patrzy świeższym okiem niż człowiek, który większość rzeczy robi "z automatu" i nawet nie zastanawia się, o co się modli, gdy odmawia "Ojcze nasz". Kto wiary nie stracił, najwyraźniej nie może jej poznać. 

Żeby nie było tak poważnie i filozoficznie, to polecam Wam "ŻMIJĘ" Andrzeja Sapkowskiego. Wojna w Afganistanie (ta sprzed 30 lat, jak Ruscy wkroczyli do tego pięknego, ale zabójczego kraju), którą można podsumować słowami jednego z żołnierzy: "z lewa chujnia (...) z prawa chujnia. A pośrodku pizdiec". W tych okolicznościach przyrody żołnierz zauważa wśród kamieni złotą żmiję, która "pokazuje" mu (kto przeczyta, będzie wiedział o co chodzi) dzieje innych żołnierzy, którzy przed wiekami walczyli na tym brązowawym skrawku ziemi. Książka równie mistrzowska jak autor.

*Nie przepadam za kobietami-pisarkami. No po prostu mi nie leżą (za wyjątkiem J. K. Rowling). Może ma to coś wspólnego z zdeczka przyobszernymi opisami uczuć czy coś (Sapkowski pięknie opisuje uczucia, bo ich prawie nie opisuje, ale i tak je czuć) tudzież z kolorami pistacjowym, szmaragdowozielonym, purpurowym i szkarłatnym oraz ekri (czy jak to tam piszą).

2 komentarze:

  1. Ło ty, ty se myślisz, że pisarki to gorsze som i ło uczuciach ino piszo? To żeś czytoł słabe książki, tyla ci powim.
    Rozróżnianie większej ilości kolorów to zaleta, tak w ogóle, i nie ma w tym nic nikomu uwłaczającego czy kobiecego, czy nie do ogarnięcia umysłem (poza tym większość znanych obrazów to dzieła malarzy. Mężczyzn, znaczy. I co, oni niby rozróżniali tylko pięć kolorów?).

    W każdym razie - no nie. Nie zgadzam się, bo kit tu pociskasz tymi pisarkami, przykro mi. Fantastykę to chyba z zamkniętymi oczami przeglądałeś. Z brzegu: Kossakowska, Kozak, Brzezińska, Białołęcka, Le Guin, a to tylko pierwsze pięć, bo pod ręką mam... Niechże, toż to nawet książka podawana za pierwszą sf w historii ("Frankenstein"; pierwszą świadomą przynajmniej) ma za autorkę kobietę, Mary Shelley.
    Zaprawdę powiadam ci: jeśli uważasz pisarki za skupione na uczuciach i kolorkach, to po prostu nie wyszedłeś jeszcze poza Danielle Steele i harlequiny. Ekhem-hem.

    a-be

    Postscriptum. Gromię dziś, bo wyjątkowo mi działa na nerwy takie gadanie. In unrelated: jakie studia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a-be, zachowaj spokój. Odróżniam kolory, ino nie wiem, czemu na jasnozielony mówicie pistacjowy! Danielle Steele nie czytałem, innych romansideł też nie. I nie mówi, że kobiety są skupione na kolorach. Po prostu "łososiowy" i "szkarłatny" mnie irytują.

      Historia. Studiuje historię, a więc wśród lektur mam "Kształtowanie się współżycia między człowiekiem i zwierzętami". Hmm... Współżycia.

      Usuń