wtorek, 11 lutego 2014

WIECZÓR PRZY ŻUBRACH

Sesja zdana w pierwszych terminach. Jakby tak policzyć średnią ze wszystkich ćwiczeń, modułów i egzaminów to wychodzi 4,0. Czacha jeszcze paruje, więc oglądam żubry i bieliki :)

Rzeczą, jaka mnie ostatnio zainteresowała jest sprawa niejakiego Mariusza T. - nie wiem, co mnie bardziej zaskakuje, próba podrzucenia mu czegoś czy totalny brak zręczności z jaką się to robi. Jasne, nie chce, żeby ten kutas chodził po ulicach, ale mamy państwo (podobno) prawa i chciałbym, żeby udupienie T. przeprowadzono w sposób legalny. Zwłaszcza, że mój mały móżdżek słyszał coś nie coś o przymusowym leczeniu i te de i nie bardzo jest w stanie zrozumieć, po co tworzyć nowe prawo, skoro są już jakieś możliwości. Zwłaszcza, że prawo nie może działać wstecz. 
BTW, coś czuje, że nasz Amnesty International kurwicy ostatnio dostaje.

Wracam do żubrów.

czwartek, 16 stycznia 2014

SCHOWAJ SIĘ POD ŁÓŻKO, POTWÓR Z PEWNOŚCIĄ SAM ZNIKNIE!

Mam wkurwa i to nawet nie dlatego, że mój laptop postanowił przenieść się do krainy wiecznego zawieszenia. Jestem wkurwiony na idiotów, którzy usprawiedliwiają bandy neonazistów, onerowców, faszystów, nopowców i innych sukinkotów, którzy pragną rozpieprzać wszystko wokół siebie.

Jestem wkurwiony na naszą kochaną TVP, która zeszmaciła się do tego stopnia, że wyemitowała w Wiadomościach słowa jednego z narodowców, które brzmiały " Udaje kobietę, bo tak naprawdę jeśli psa się wykastruje, to niestety jest dalej psem wykastrowanym, a nie suką". Kurwa wasza medialna mać, TVP. 

Jakby jeszcze ktoś nie wiedział, te słowa dotyczyły posłanki Anny Grodzkiej, której te sukinkoty przerwały prezentacje autobiografii.

I muszę się niestety zgodzić z TYM panem - ignorowanie tudzież uznawanie takich słów i wydarzeń za dopuszczalne (wolność słowa czy raczej wolność dla mowy nienawiści?) sprawi li i jedynie, że będzie gorzej. Oni zaczną bić i zaczną zabijać, jeśli tylko społeczeństwo na to pozwoli. Odwróci głowę, pozwalając na wybuch agresji. 
 
"Przedstawiciela największej partii opozycyjnej chciałbym zapytać, w jaki sposób posłanka Twojego Ruchu prowokuje. Swoją pracą parlamentarną? Wyzywającym strojem? Kontrowersyjnymi wypowiedziami? Obawiam się, niestety, że dla Błaszczaka wystarczającym powodem do wygłaszania tego rodzaju stwierdzeń jest transseksualność Grodzkiej. Panie pośle, trochę to małostkowe!" - jak tu się nie zgodzić?

Droga TVP, chcesz tyle pluralizmu? To pozwól powiedzieć na antenie słowa "Nich Żydzi idą do gazu, Adolf dobrze se z nimi radził". Co, TVP? Szkoda, że ambasadora Izraela boisz się bardziej, niż tysięcy Polaków. Bo nie wierzę, że macie jakąkolwiek moralność...

piątek, 3 stycznia 2014

KRYZYS I ZAŁAMANIE

Obywatel NJ napisał pod ostatnim postem "(....) Uważasz, że na prawde nie mają racji? Że przesadzają? "Załamanie tradycyjnej rodziny" uważasz że czegos takiego nie ma? "Kryzys tradycyjnych ról płci" - nie istnieje? (...)".

Jeśli chodzi o tradycyjne role płci, to ja naprawdę nie widzę powodu, dla którego facet miałby być od informatyki i malowania ścian, a baba od sprzątania i gotowania, a nie na odwrót. Bo co? Inne software w mózgu? Chyba nie.
Widzę kryzys rodzicielstwa, ale on nie jest spowodowany przez Te Okropne Feministki i Ten Okropny Dżender, tylko przez prosty fakt - z jednej pensji jest cholernie trudno utrzymać rodzinę. Pracujący rodzice mają mniej czasu, czasem w ogóle nie mają czasu. 
I tu widziałbym rolę Kościoła jako motor napędowy do wprowadzenia zmian w prawie - darmowych podręczników, pomocy po narodzinach dziecka, pomocy finansowej i tak dalej. Tak by jedno z rodziców (matka albo ojciec, faceci też umieją się dziećmi zajmować, nie róbmy z ojców bezuczuciowych, niemyślących kalek) mogło zająć się pracą w domu. PRACĄ, kurcze blade. 
Moja Mama pracuje w domu, od 6 do 23 na nogach, żeby ogarnąć sytuację i gówno z tego ma. Ani emerytury (wychowuje troje obywateli! Toż to równe pracy strażaka!), ani specjalnej pomocy (podręczniki dla trójki dzieci, w tym jedno idące "nową podstawą programową").

Hasło "tradycyjna rodzina" podnosi mi ciśnienie. Rozumiem, że rozwód może być traumą dla dziecka, ale traumą może też być wychowywanie się w rodzinie, w której zamiast miłości jest w najlepszym razie obojętność (a w najgorszym nienawiść). Są rodzice, którzy nawet po rozstaniu potrafią zapewnić dzieciom spokój i bezpieczeństwo, a są tacy, którzy są ich oprawcami - nie ma tu znaczenia płeć czy stan cywilny.
Dlaczego "mama+mama+dzieci" ma być mniej godną szacunku rodziną niż model "mama+tata+dzieci"? Bo nie przekazuje jakiś wzorców (męskich/żeńskich)? A co to jest? Dziewczynki mają być piękne i uległe, a chłopcy silni i zdecydowani, co? A nie łatwiej, jak są tacy, jak ich charaktery? Wtłaczanie na siłę do takich ramek jest jak przekonywanie gimnazjalistek, że ideał musi mieć 170 wzrostu i 55 kg wagi. Bardziej szkodzi, niż ma sens.

Te wszelkie "tradycyjne rodziny" i "tradycyjne role" nie są czymś złym - po prostu nie bardzo przystają do świata, w jakim żyjemy.

Na marginesie - polecam przeczytanie "Krzyżaków" - średnio co rozdział jest utyskiwanie, że ci mężczyźnie (vel to pokolenie młode) stają się coraz bardziej zniewieściali i w ogóle to nie są tacy, jak byli kiedyś... To samo przez Sienkiewiczem powtarzali pewnie Stefan Batory, Ludwik Węgierski, Mieszko I, ludy kultury łużyckiej i jeszcze dawniejsze. Problem stary jak świat :)

PS. W komentarzu zapomniałem odpisać na pierwszą część komentarza NJ - "Jedno pytanie: naprawdę uważasz, że KK rolę głowy rodziny spłyca np. do jak to napisałaś/łeś siedzenia z "na kanapie z browarkiem"?" 
Nie zrozumieliśmy się. Pisząc "Oj, Tatuś, nieładnie. I jeszcze się dzisiaj uczył z moją siostrą, zamiast siedzieć na kanapie z browarkiem... Oj, nieładnie... Diabeł się nim interesuje ;)" wyolbrzymiłem przekonanie pewnej (niestety sporej) części społeczeństwa, że zajmowanie się dziećmi jest niemęskie. Taka trochę metafora.
BTW, dlaczego to ojciec ma być głową rodziny? (Chociaż, jeśli uznamy, że mama jest szyją i kręci głową rodziny to do mojej rodzinki nawet by to pasowało do większości znanych mi rodzin :) )

wtorek, 31 grudnia 2013

ACH, TEN KRWIOŻERCZY DŻENDER

Dwa dni po wysłuchaniu listu biskupów mój Ojczym sam prasuje sobie spodnie, czego nie robił od XYZ lat :)

Jak to było? Załamanie tradycyjnej rodziny...? Kryzys tradycyjnych ról płci...? 

Oj, Tatuś, nieładnie. I jeszcze się dzisiaj uczył z moją siostrą, zamiast siedzieć na kanapie z browarkiem... Oj, nieładnie... Diabeł się nim interesuje ;)

niedziela, 29 grudnia 2013

JAK KATOLICZKĘ DO KK ZNIECHĘCIĆ

Proboszcza mamy politycznego, więc Moja Mamusia go nie cierpi. Wraca dziś z kościoła, już od progu ni to wściekła ni to zrezygnowana. "Co mamuś, nie udało się nie trafić na proboszcza?", zapytuje zza książki. "Ech", ciężko wzdycha mama. "Jeszcze gorzej... List biskupów czytali..."

sobota, 28 grudnia 2013

KOMISJA EDUKACJI NARODOWEJ

Tak dzisiaj historycznie, ale obiecuję, że będą tylko dwie daty :)
Opierałem się (łokciem! łokciem!) o "Dzieje Insurekcji Kościuszkowskiej" pióra Kazimierza Bartoszewicza, wydanej w Berlinie-Wiedniu w 1909 roku nakładem Benjamina Harza.

Rozważam napisanie drugiej części z cytatami z komisyjnych nakazów dla nauczycieli, bo im częściej wspominam moje liceum, tym częściej dochodzę do wniosku, że powinno się je wyryć każdemu nauczycielowi na ścianie obok tablicy...

ZŁE CZASY I ŚWIATŁO W TUNELU
Dnia 5. sierpnia 1772 roku Wiedeń, Berlin i Petersburg podpisały traktat pierwszego rozbioru Polski. Najbardziej obrazowo mogę wyrazić się tak: byliśmy skończeni. Trzy mocarstwa po prostu sobie wzięły po fragmencie naszej ziemi, ziemi pamiętającej husarię, Grunwald i Cedynię. Wzięły ją sobie bez specjalnych protestów, z niemym przyzwoleniem państw europejskich, przy kompletnej nieudolności władz polskich i całkowitym upadku wyższych sfer.

A 14. października 1773 roku powstała Komisja Edukacji Narodowej - pierwsze ministerstwo edukacji w Europie, kwiat, który wyrósł w chlewiku (och, wybaczcie tą poezję, musiałem).

JAK SIĘ ZACZĘŁO I Z KIM SIĘ ZACZĘŁO
Komisja Edukacji była niezależna od rządu i od króla (który w tamtych czasach był jak premier bez określonej długości kadencji), odpowiadała jedynie przed sejmem. Już to dawało jej spore szanse powodzenia i, na przykład, szanse na ominięcie żrącej Polskę biurokracji. Ciekawostką jest fakt, że mogła się rozwinąć dzięki kaście zakonu jezuitów (spowodowanej zarzutem szerzenia buntów, rozruchów i zgorszenia) - Komisja przejęła majątek pozostały po jezuickich szkołach oraz fundusze jezuickie, które rząd przeznaczył właśnie na oświatę.

Warto przywołać pierwszy skład Komisji - Joachim Chreptowicz (absolwent Akademii Wileńskiej, znany fizjokrata i pszczelarz, późniejszy minister spraw zagranicznych), Ignacy Potocki (studiował nauki prawne, późniejszy współtwórca Konstytucji 3. Maja, przewodniczący Towarzystwa do Ksiąg Elementarnych), książę Adam K. Czartoryski (komendant Szkoły Rycerskiej, dramatopisarz), Andrzej Zamoyski, Antoni Poniński, książę Michał Poniatowski (wiceprezes Komisji, późniejszy Prymas Polski), generał August Sułkowski, ksiądz Ignacy Massalski (dwaj ostatni okazali się później zdrajcami).

DWA GŁÓWNE PROBLEMY
Komisja na samym początku swego działania natrafiła na największy z możliwych problemów - brak kadry nauczycielskiej. Zaradzono temu poprzez założenie seminariów nauczycielskich przy Akademiach Krakowskiej i Wileńskiej - ich absolwenci zobowiązani byli przez 6 lat uczyć w szkołach publicznych.

Drugim problemem był brak podręczników. Dla rozwiązania tego problemu Komisja założyła w 1779 roku Towarzystwo do Ksiąg Elementarnych. Ogłosiło ono konkurs na podręczniki, do którego dopuszczono też zagranicznych autorów. Każdy z podręczników został dokładnie przetłumaczony, przebadany, skontrolowany, sprawdzony, przejrzany... W szanującym się ministerstwie nikt nie dopuści do użytku bzdur. Dlatego też odrzucono wielu autorów, również tych powszechnie znanych, a przepuszczone przez Towarzystwo podręczniki polecano Komisji.

PODZIAŁ SZKÓŁ I CZEGO W NICH UCZONO
Przede wszystkim należy pamiętać o tym, że to Komisja Edukacji Narodowej zdegradowała łacinę, a język polski uznała za wyłączny język wykładowy. Łacina stała się w polskich szkołach językiem obcym.

W każdym z dziesięciu okręgów istniała szkoła wydziałowa (szkoła średnia), sześcioklasowa z dwuletnim kursem piątek klasy (innymi słowy, siedem roków szkolnych), oraz pewna ilość szkół przedwydziałowych, podzielonych na trzy klasy z dwuletnim kursem dla każdej z nich. 

W pierwszych klasach szkół wydziałowych "uczono gramatyki, arytmetyki, nauki moralnej, pierwszych wiadomości z nauk przyrodniczych i geografii". Później program dzieli się pomiędzy trzech nauczycieli:
1) profesor wymowy - gramatyka, algebra, geometria z początkami praktycznej geodezji, obsługa narzędzi, rysowanie map mierniczych, logika
2) profesor fizyki - nauki przyrodnicze; historia naturalna (w III klasie na praktycznym przykładzie ogrodnictwa, w IV na przykładzie rolnictwa), fizyka, mineralogia, botanika, higiena, historia sztuk i rzemiosł (w głównej mierze przedmiot praktyczny)
3) profesor nauk moralnych - nauki moralne, historia prawa polskiego, polityka (wiedza o urzędach itp., coś w rodzaju obecnej wiedzy o społeczeństwie).

Zakładano też szkoły parafialne, jednak tu (z braku funduszy, rzecz jasna) Komisja musiała się zwracać z prośbą o finansowanie do duchowieństwa i "obywateli ziemskich". Dla tych szkół wydano osobny plan nauczania i osobne podręczniki. Uczono: nauk chrześcijańskich, czytania, pisania, rachunków, miar, wag, monet, ogrodnictwa i rolnictwa, geografii parafii, wiadomości o zdrowiu, podstaw weterynarii, handlu w obrębie parafii i sąsiedztwie.

W osobnych szkołach uczono dziewczęta. Czego uczono? No cóż, feministki proszę o odejście od ekranu - uczono czytania, pisania, rachowania, szycia (tego sam bym się chętnie nauczył), prania, gotowania, pieczenia chleba, gospodarstwa domowego i robienia domowych lekarstw. Niemniej jednak, Komisja Edukacji Narodowej jako pierwsza w Polsce doszła to następujących wniosków: "nie można wychować dobrych synów ojczyzny i ludzi cnotliwych, bez wychowania tej płci, która społeczeństwu daje matki, małżonki i panie". To była rewolucja.

W tym okresie czasu oddano również szkoły żydowskie pod kuratelę władz krajowych i jednocześnie dopuszczono żydów do szkół wydziałowych.

Warto też zauważyć, że we wszystkich tych szkołach wprowadzono edukację fizyczną, która zawierała w sobie m. in. ćwiczenia żołnierskie i wykłady higieny.

ZAKOŃCZENIE Z PRZYTUPEM
Komisja Edukacji Narodowej pracowała bezinteresownie, członkowie nie pobierali wynagrodzenia za pracę w niej. Czy to trzeba komentować?

wtorek, 17 grudnia 2013

SZKLANKA WODY ZAMIAST (WuDeŻetu)

Se pozwolę zacytować: 
Posłanka Solidarnej Polski Marzena Wróbel ostro spierała się w programie Tomasza Lisa z Andrzejem Rozenkiem z Twojego Ruchu o obecność edukacji seksualnej w polskiej szkole. O ile polityk TR jest jej gorącym zwolennikiem, o tyle Wróbel przekonywała, że lepszy jest obecnie nauczany przedmiot, czyli wychowanie do życia w rodzinie. W jej opinii dotychczasowy model opowiadania młodym ludziom o ludzkiej seksualności “jest jednym z najlepszych na świecie”. (TU)

WDŻ uczyli mnie po kolei - pedagog szkolna (było nas 6-7 osób chodzących na WDŻ, było to w podstawówce), nauczyciel od WOSu w ramach WOSu (nie pytajcie, jak to możliwe, w gimnazjum wszystko jest możliwe) oraz pani profesor od geografii (powiedzmy, że nawet czasem się na tych lekcjach pojawialiśmy - jak to w LO na ostatniej lekcji).


Wiele z podstawkowego WDŻ nie pamiętam, a z tego, co pamiętam, wynika następujący wniosek: pani pedagog była kompetentna i wiedziała jak rozmawiać. Atmosfera była kameralna, ale nie poruszaliśmy tematów typowo "związkowych". Coś się przewinęło o miesiączce, ale na tym koniec.

Gość od WOSu - no cóż, stary kawaler. A w książce od WOSu hasełko, że biseksualizm to taka sama dewiacja jak pedofilia. Facet był zdeczka zażenowany faktem, że w ogóle musi to robić, na WDŻ poświęcił góra 2 lekcje (i chyba tyle ich było w podręczniku, ale nie pamiętam dokładnie), a my mieliśmy z niego polew. Ani słowa o antykoncepcji i te pe.

A w liceum pani od geografii... No cóż, puszczała typowo "prorodzinne" filmik sprzed X lat i zajmowała się biurokracją. Raz chyba coś bąknęła o tym, że najlepsza antykoncepcja to szklanka wody zamiast. Pokiwaliśmy głowami z uśmiechem nr 13 ("taa, jaaasne"). Zaiste, kompetentnie. 

Z mojego doświadczenia wynika, że słowa pani Wróbel można interpretować jako "najlepsza edukacja seksualna to taka, której nie ma". 

A jakie są Wasze wspomnienia z lekcji WDŻ? No, nie bądźcie tacy, podzielcie się refleksjami :)

niedziela, 15 grudnia 2013

AJATOLLAH HOSER

"Mam pretensje do homoseksualizmu, że zabił on ideę przyjaźni między mężczyznami albo kobietami - całkowicie ją zerotyzował"

Kto to powiedział? Ajatollah czy kolejny minister z Arabii Saudyjskiej? Nie, to znów nieoceniony arcybiskup, metropolita warszawsko-praski, Henryk Hoser.

Pozwólcie, że zacznę od rzyci strony. Rozumiem, że według tej logi... Przepraszam, wedle tego sposobu myślenia, heteroseksualizm zabił idee przyjaźni pomiędzy mężczyznami i kobietami. No cóż, pomijając fakt, że hetero- i homoseksualizm jest tak stary, jak mężczyźni i kobiety, więc nie bardzo miał jak zabić tę relację, to by oznaczało, że każde słowo, które wypowiem do przyjaciółki będzie nacechowane erotycznie? 

Hm... A skoro będzie nacechowane erotycznie, to popełnię grzech cudzołóstwa, da? Czyli nie powinienem się odzywać do kobiet, bo to grzech. Ha! Coś mi się to kojarzy z prawami z państw konkretnie islamskich, które zabraniają kobietom wyłazić z domu bez opieki mężczyzny, żeby czasem nie zgrzeszyła tudzież żeby nie sprowokowała do grzechu. 

Piękna Panno O., fajne masz trampki. Ave satan.

Zaprawdę, nie musimy patrzeć na wschód, by usłyszeć ciekawostki na temat kobiet i mężczyzn. Mamy swoich rodzimych "myślicieli", którzy bardzo chcą pobić ten światły tekst na temat wpływu jazdy samochodem na jajniki.

BTW, dostałem od dziadka "Sezon burz" Sapkowskiego. Na 14 i 15 stronie znajdują się złote myśli niejakiego Belohuna, króla Kerack. Kończą się one podsumowaniem niemal wyjętym z ust kilku naszych "mędrców" - "kto daje babom środki zapobiegające ciąży lub umożliwia jej przerwanie, ten niszczy porządek społeczny, podżega do zamieszek i buntów". Sapek, lofciam cię :)

TU i TU źródło.

wtorek, 10 grudnia 2013

"SUPER SIX ONE ZESTRZELONY"

Znów zaliczyłem długą przerwę w pisaniu, bo (cóż za niespodzianka!) ujebało mi internet (ot, uroki Netii). W międzyczasie zacząłem dwudziesty rok mego żywota (co na pewno nie sprawi, że w piątek w pizzerii uznają mnie za godnego wypicia napoju bogów), a koleżanki z grupy sprezentowały mi książkę Howarda E. Wasdina - "Snajper. Opowieść komandosa SEAL TEAM SIX". To z niej pochodzi tytuł posta.

Coś czuję, że każde z Was oglądało film "Black Howk Down" (czyli, jak chcą tłumacze, "Helikopter w ogniu"). Howard Wasdin opisuje sytuację w Mogadiszu z perspektywy snajpera chcącego dorwać kilku skurwysynów, którzy Somalijczykom robią źle - opisuje przygotowania do kolejnych akcji, obserwacje, wściekłość, gdy Biały Dom siedząc w wygodnych skórzanych fotelach każe czekać i w końcu totalny chaos, który powstał po zestrzelaniu dwóch Black Howków (Wasdin odpowiada też na pytanie, jak w ogóle mogło do tego dojść, że zgraja obdartych facetów mogła zestrzelić najlepsze śmigłowce świata).

Jednak nie tylko o Mogadiszu jest mowa - Wasdin opisuje szkolenie Navy SEAL (chyba nawet dokładniej niż Chris Kyle w książce "Cel snajpera"), wylewa pomyje na administracje Clintona (w sumie słusznie) i pokazuje, jak trudno jest rodzinie żołnierza.

"Jeden z pilotów odpowiedział:
- Wystrzelaliśmy się.
Znaczyło to tyle, że zużyli całą amunicję (...) Ale mimo że piloci nie mieli już amunicji, zaczęli latać tuż nad nieprzyjacielem, tak nisko, że prawie uderzali ludzi płozami. (...) Pamiętam, że przelecieli w ten sposób co najmniej sześciokrotnie. Nasi piloci z Task Force 160 to świrusy: robiąc z siebie żywą tarczę, ocalili nam życie."

"Nagle Gordon powiedział rzeczowo, jakby uderzył kolanem o stół:
- Cholera, dostałem.
Po czym przestał strzelać.
Shughart wziął karabin Gordona i dał go Mike`owi [Michaelowi Durnatowi], po czym wrócił do walki. Kiedy w jego karabinie zabrakło amunicji, wszedł do zestrzelonego helikoptera i przekazał meldunek przez radio. Potem wszedł na śmigłowiec i natarł na tłum (...). Odpychał w ten sposób atakujących, aż zabrakło mu amunicji. Tłum rzucił się z powrotem do ataku i zabił Shugharta."

Jak czytam takie opowieści, to mam ochotę ujebać nogi przy samej szyi każdemu, kto nazywa żołnierzy walczących w Afganistanie (czy innych krajach) najemnikami. Nie oni wywołują wojny i nie oni powinni za nie odpowiadać - jadą na wojnę, bo taki mają zawód. I chwała Bogu, że na tą wojną to jadą far far ełej, a nie do sąsiedniego powiatu.

Książkę gorąco polecam. I film też - zwłaszcza ze względu na muzykę Hansa Zimmera i zdjęcia Sławomira Idziaka.